- Strona Główna -
- Historia Szkoły -
- Różności -
- Kronika Szkoły -
- Spotkania po latach -
- Muzeum - Kroniki -
Almanach Absolwentów IV L.O. im. H. Sienkiewicza w Częstochowie

Z wizyta u prof. Antoniego Jackowskiego

Autor: Cieślak Aleksander
Data dodania: 04.10.2007 09:23:00
















W krakowskim Muzeum Archidiecezji Kardynała Karola Wojtyły spotkalismy się z wychowankiem naszej szkoły ( 1946 - 1948 ) prof. Antonim Jackowskim.

Jackowski Antoni Tadeusz

Urodził się 1 czerwca 1935 roku w Brugie ( Belgia ). Jego ojciec był ambasadorem Polski w Belgii. Po wybuchu wojny rodzina znalazła się w Częstochowie. Mieszkała przez cała okupację na ulicy Waszyngtona. W czasie wojny Antoni Jackowski uczęszczał na tajne komplety. Po wojnie uczył się w Szkole Podstawowej i Liceum im. H. Sienkiewicza. Wobec tego, że rodzice ze względu na pełnioną funkcje ojca przed wojną nie mogli znaleźć pracy zdecydowali się opuścić w 1948 Częstochowę i przenieść się do Krakowa. Swoja naukę Antoni Jackowski kontynuował w jednym z liceów krakowskich. Po ukończeniu szkoły średniej podjął studia geograficzne, które ukończył z wyróżnieniem w Uniwersytecie Jagiellońskim. Pod kierunkiem prof. Antonie Wrzoska napisał prace magisterską : Przemysł szklarski w Polsce. W latach 1960 – 1967 pracował w Bibliotece Jagiellońskiej , a w okresie następnych 5 lat w Pracowni Krakowskiej Zakładu Zagospodarowania Turystycznego GKKFiT. W październiku 1972 rozpoczął pracę w Instytucie Geografii, w tym samym roku uzyskał stopień doktora nauk geograficznych. Stopień doktora habilitowanego uzyskał w 1983. w roku 1992 został profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Należy do wąskiego grona polskich geografów, którzy wytyczyli nowe oryginalne pole badawcze w geografii ( geografia turyzmu i religii ).
Do Szkoły podstawowej i Liceum im. H. Sienkiewicza uczęszczał w latach 1946 -1948. W 1948 rodzice przenieśli się do Krakowa i tutaj dalej kontynuował swoja nauką. Z LO im. H. Sienkiewicza jest silnie związane, często wspomnieniami wraca do tamtego okresu.
W swej karierze zawodowej pełnił szereg odpowiedzialnych funkcji , między innymi : dziekana Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi oraz dyrektora Instytutu Geografii i gospodarki Przestrzennej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Był wieloletnim członkiem Senatu tej uczelni. W 1994 utworzył w Instytucie Zakład Geografii Religii jako jedyny w Polsce i Europie.
W 1996 został mianowany przez Jana Pawła II członkiem „ Misji Papieskiej ”, reprezentującej Ojca Świętego w czasie Międzynarodowego Kongresu Maryjnego w Częstochowie.
Jackowski antoni jest członkiem wielu organizacji naukowych, między innymi : Papieskiej Międzynarodowej Akademii Mariologicznej w Rzymie. W latach 1991 – 1993 był przedstawicielem Polski w Komisji ds. Europejskich Szlaków Kulturowych Rady Europy ( szlaki monastyczne i pielgrzymkowe ).
Dorobek naukowy Antoniego Jackowskiego obejmuje blisko 220 prac w tym ponad 20 książek. Od 1995 w Instytucie Geografii i gospodarki Przestrzennej Uniwersytetu Jagiellońskiego wydaje periodyk naukowy „ Peregrinus Cracoviensis , jedyne tego typu pismo w europie ( do końca 2006 - wydano 17 zeszytów ) ”.
Jest autorem wystawy Polska pielgrzymująca ( Częstochowa 1995 ).
11 czerwca 2007 otrzymał tytuł profesora honorowego zarezerwowany dla najwybitniejszych profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Prof. Dr. Hab. Antoni Jackowski wykładał geografie religii na Uniwersytetach w Rzymie, Bazylei, Clermont – Fernand. Pod jego kierunkiem studia ukończyło ponad 180 magistrantów geografii i blisko 30 religioznawstwa. Opiekował się 3 habilitantami. Wypromował 6 doktorów, był recenzentem w 3 przewodach profesorskich, 4 habilitacyjnych, 8 doktorskich.
Jest laureatem szeregu Nagród Ministra oraz Rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego. Został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski ( 2002 ), Złota Odznaką Polskiego towarzystwa Geograficznego ( 1998 ), odznaką „ Zasłużony dla Rozwoju Województwa Częstochowskiego ’ ( 1998 ).

Antoni Jackowski

Coś w rodzaju życiorysu czyli próba spojrzenia na własną biografię.


Urodziłem się 1 czerwca 1935 roku w Bruges, w belgijskiej Flandrii. Bruges należy niewątpliwie do jednych z piękniejszych miast Europy („flamandzka Wenecja”), stąd trudno się dziwić, że Mama to właśnie miejsce wybrała dla moich narodzin. Dokonało się to nad ranem pierwszego czerwca w szpitalu św. Jana, który ze względu na swe walory architektoniczne (ufundowany 1188, rozbudowany w XV w.) pełni obecnie funkcję muzeum H. Memlinga. Rodziców miałem niezwykłych. Mama – Maria z Kuczkiewiczów [dziadek – Stanisław Kuczkiewicz był bardzo zasłużonym dla rozwoju górnictwa w Wieliczce, jego nazwiskiem nazwano jeden z szybów w kopalni i jedną z ulic miasta], nazwisko artystyczne Maria Modrakowska (po pierwszym mężu) - w latach trzydziestych XX w. należała do najwybitniejszych śpiewaczek sopranistek Europy. Występowała w większości krajów kontynentu, a także w Afryce Północnej (Algieria, Tunezja). Do dziś uważa się Ją za jedną z najwybitniejszych w historii muzyki odtwórczyń roli Melizandy w operze Debussy’ego Peleas i Melizanda. Zadebiutowała w tej roli w Opéra Comique w Paryżu. Była mianowana profesorem śpiewu i interpretacji w Ecole Normale de Musique w Paryżu, gdzie pracowała obok takich sław muzycznych jak Alfred Cortot, Pablo Casals, Nadia Boulanger. Przyjaźniła się m.in. z Poulenc’iem, księciem Polignac, Strawińskim, Paulem Valéry, Ravelem, Rubinsteinem. Jej mistrzem i najlepszym przyjacielem była Nadia Boulanger, uważana za najwybitniejszego muzykologa XX wieku (jak relikwie przetrzymuję adresowaną do mnie jej korespondencję). Mama była wielką propagatorką muzyki polskiej. Paryż przypomniał sobie o Niej organizując w 2002 r. poświęconą Jej wystawę w ramach cyklu „Wielkie Polski w Paryżu”. Ojciec – Tadeusz Gustaw Jackowski – pełnił w owym czasie funkcję Posła RP w Belgiii i Luksemburgu. Pochodził z wielkopolskiej rodziny ziemiańskiej, bardzo zasłużonej w walce o polskość tamtych ziem. Korzenie Jackowskich wiązały się z takimi miejscowościami jak Wronczyn, Pobiedziska i Pomarzanowice. Moim pradziadkiem był słynny Maksymilian Jackowski, założyciel Kółek Rolniczych, zwany przez współczesnych po prostu „Patronem Jackowskim”, wielki patriota, więziony przez Prusaków. Jego imieniem nazwano jedną z głównych ulic Poznania. Dziadkiem był Tadeusz Kryspin Jackowski, szambelan papieski, któremu w 1908 r. zaproponowano objęcie w Uniwersytecie Jagiellońskim Katedry Organizacji Rolnictwa. Propozycji tej nie przyjął jednak, uważając, że jego misją jest obrona ziemi polskiej w Wielkopolsce. Ojciec, wychowany w duchu i tradycji aktywnej działalności patriotycznej, od samego początku odzyskania przez Polskę Niepodległości włączył się w odbudowę Państwa, pełniąc szereg ważnych funkcji w resorcie spraw zagranicznych.
Rodzice spotkali się po raz pierwszy w Paryżu około 1933 roku. Pamiętam z opowiadań Mamy, że w tym okresie codziennie rano dostawała setki kwiatów przysyłanych przez Ojca. Potem była Belgia, znowu Paryż, w międzyczasie nastąpiły moje narodziny. Jak zanotowała Mama w kilka godzin po moich narodzinach - byłem noworodkiem „grubym i obrzydliwym, ale bardzo kochanym”. Mniej więcej rok później urodził się – również w Bruges – mój brat Tadeusz Maksymilian, później artysta plastyk (grafik, malarz), obecnie profesor tytularny w Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu i w Uniwersytecie Zielonogórskim. Po 1937 r. zamieszkaliśmy w Sèvres koło Paryża. Z tego okresu jak przez mgłę pamiętam wybrane sceny: piaskownicę koło domu, Sekwanę, Wieżę Eiffela oraz ... samochód rozwożący produkty firmy Suchard. Wiosną 1939 r. wróciliśmy do Polski. Miał to być powrót „na krótko”. Mama szykowała się do nowego tournée po krajach europejskich i Stanach Zjednoczonych, a według zachowanych źródeł Ojciec miał objąć placówkę dyplomatyczną w USA.
Wakacje letnie 1939 Rodzice postanowili spędzić w Olsztynie koło Częstochowy. Zapewne miejscowość tę wskazał Ojcu biskup częstochowski Teodor Kubina, z którym odwiedzał polskie ośrodki w Belgii. Biskup T. Kubina odpowiadał w Episkopacie za kontakty z Polonią. Los zrządził, że bierzmował nas w Olsztynie w 1943 r. Wybuch wojny sprawił, że Olsztyn stał się naszą siedzibą na długie lata okupacji hitlerowskiej. Może wart jest podkreślenia fakt, że w momencie przyjazdu do Polski nie znaliśmy z bratem ani jednego słowa po polsku. Rodzimego języka dopiero zaczynaliśmy się uczyć. Ta nauka przeciągnęła się też na pierwszy okres okupacji. Mieszkała z nami bona francuska, która była wielką patriotką języka Moliera. W domu mówiło się więc prawie wyłącznie po francusku, co wobec częstych wizyt Niemców było zapewne dla Rodziców rzeczą kłopotliwą, a może i niebezpieczną. Bona wyjechała chyba w połowie 1940 roku. Miała szczęście – pochodziła ze strefy podlegającej „rządowi” z Vichy, stąd Niemcy zezwolili na jej podróż do domu. Po jej wyjeździe dość szybko przyswoiliśmy sobie znajomość języka polskiego. Ale naleciałości francuskie w naszej gwarze dziecięcej pozostały jeszcze przez pewien czas. Do dziś pamiętam, jak starsi śmiali się, gdy z bratem zwracaliśmy się do sobie jeszcze dość długo per „Pan”, tłumacząc tak dosłownie francuskie słowo „vous” (wy, pan, pani)..
Zapewne „dojrzeję” kiedyś do spisania moich wspomnień, w tym również epizodu olsztyńskiego. Jednak już teraz stwierdzam, że był on znaczący w moim życiu. W Olsztynie ukrywał się Ojciec, który znajdował się na sporządzonej przez Gestapo „liście do rozstrzelania” polskich ziemian w Wielkopolsce. Przez długi czas nosiliśmy panieńskie nazwisko Mamy. Mama, chcąc nas wyżywić, a także chronić, pracowała jako urzędnik w gminie. Przez nasz dom przewijali się partyzanci, ukrywający się Żydzi, chyba również uciekinierzy z pobliskiego obozu dla jeńców radzieckich. A więc już od dzieciństwa wiedzieliśmy co to jest dochowanie tajemnicy, odpowiedzialność i co oznacza grożące w każdej chwili niebezpieczeństwo. Pewnego dnia przez przypadek widziałem z ukrycia scenę rozstrzeliwania przez Niemców grupy częstochowskich Żydów. Wydarzenia tego nie mogę zapomnieć do dziś, często śni mi się ona nocami. Zaważyła ona znacząco na mojej psychice.
Olsztyn to także moje pierwsze kontakty z Jasną Górą i Czarną Madonną. Mam takie odczucie, jakby Pan Bóg specjalnie mnie „umieścił” w Olsztynie, abym mógł w dojrzałym życiu poświęcić się geografii religii. Bo przez całe moje dotychczasowe życie odczuwałem bliską obecność Pani z Jasnej Góry. Dość aktywnie udzielałem się wówczas w służbie kościelnej jako ministrant. Prędko stałem się „głównym” ministrantem, który doznawał najwyższego „wyróżnienia” ze strony proboszcza – asystowałem mu przy prowadzeniu wszystkich pogrzebów w parafii. Bardzo lubiłem asystować też przy ślubach – wiązało się to zazwyczaj z późniejszym poczęstunkiem słodyczami, o które w latach okupacji nie było łatwo. Gdy mnie pytano, kim chciałbym być w przyszłości odpowiadałem: strażakiem, maszynistą kolejowym i... partyzantem. I jeszcze jeden szczegół, który pamiętam z tamtego okresu. Tajemniczą dla mnie sprawą było przejście z jednego stulecia do drugiego. Słuchałem z wypiekami opowiadań Ojca, jak to było gdy kończył się rok 1899 i zaczynał 1900. Chciałem bardzo przeżyć coś takiego osobiście. Obliczyłem sobie, że aby dotrwać do końca XX wieku musiałbym dożyć 65 lat, co jak dla kilkuletniego chłopca było liczbą i odległością astronomiczną. Kiedyś przyszła do nas żebrząca Cyganka. Postanowiłem wykorzystać tę okazję i wykorzystać jej autorytet jako „przepowiadaczki” przyszłości. Wyniosłem z domu jakieś jedzenie, dałem jej i poprosiłem o wróżbę w tej ważnej dla mnie sprawie, oczywiście wszystko jej opowiedziawszy. Wróżba była dla mnie korzystna i dziwna rzecz ... w następnych latach byłem pewien, że przełom XX i XXI wieku będzie się odbywać z moim udziałem.
W Olsztynie rozpocząłem naukę w zakresie szkoły podstawowej. Celowo piszę „rozpocząłem naukę”, bo miejscowa szkoła bywała czynna raczej okresowo. Gdy zajęcia były zawieszone, w naszym domu odbywały się jakby tajne komplety, które prowadziła dla nas i dla kilkorga innych dzieci nasze dwie ciotki oraz Mama. W tamtym czasie napisałem swoje pierwsze „utwory” – bajkę o chłopcu ... który nie chciał się myć (sic! – to nie była bajka autobiograficzna!) i kilka wierszy bardzo prymitywnie rymowanych. Połykałem książki – Rodzice nie byli w stanie nastarczać mi na bieżąco nowych pozycji. Moimi ulubionymi autorami byli Kraszewski, Gąsiorowski i Makuszyński (przyjaciel rodziny, którego poznaliśmy po wojnie, będąc z Ojcem w Zakopanem). Moimi „kultowymi” książkami były też Antek Gruda oraz Związek Dobrych Duchów. Niestety nie pamiętam autorów tych „dzieł”.
Wojna oznaczała dla Rodziców utratę całego swego dotychczasowego dorobku. Majątki w Wielkopolsce przejęli Niemcy, ich mieszkanie w Warszawie spłonęło w czasie Powstania. Sam Ojciec opuścił stolicę 31 lipca 1944 r., ostatnim pociągiem udającym się z Warszawy w stronę Kielc.
Po wojnie trzeba było wszystkiego dorabiać się od nowa. Krótko po zakończeniu działań wojennych przenieśliśmy się do Częstochowy, gdzie zamieszkaliśmy u przyjaciół Mamy z dzieciństwa. Mama podjęła działania (wraz z innymi muzykami, których wojna „zapędziła” do tego miasta) zmierzające do utworzenia szkoły muzycznej. Sama dała też kilka recitali, na których spotykali się często jej przedwojenni wielbiciele. Za tę działalność Mama otrzymała nawet Nagrodę m. Częstochowy (1948). Ojciec usiłował odnowić swoje kontakty w Warszawie. Bez rezultatu! Owszem, mógł osiągnąć bardzo dużo, ale pod warunkiem przejścia do służby dyplomatycznej kierowanej przez reżim komunistyczny. Nie wyraził takiej zgody, co spowodowało, że nie mógł nigdzie znaleźć godziwej pracy. Chcąc nas utrzymać zaangażował się w PKP jako strażnik pociągów towarowych i z tej racji stale był w rozjazdach. „Wilczy list” jaki towarzyszył Ojcu sprawił, że Rodzice nie otrzymywali przydziału na własne mieszkanie. Przez jakiś czas obaj z bratem mieszkaliśmy w internacie, Rodzice mieszkali kątem w wynajętym pokoju. Tak było do 1948 roku, kiedy Mamie zaproponowano pracę w Krakowie w Polskim Wydawnictwie Muzycznym i w Szkole Muzycznej. Udało się uzyskać wspólne mieszkanie z uczennicą Mamy Hanną Smólską przy ul. Powiśle 4, gdzie mieszkałem przez ponad 50 lat.
W Częstochowie uczęszczałem pierwotnie do szkoły podstawowej Braci Szkolnych. Była to wprawdzie szkoła prywatna z dość wysokim czesnym, ale Mama pokrywała je „w naturze”, czyli prowadząc za darmo lekcje z języka angielskiego i francuskiego. Właśnie wtedy mieszkaliśmy z bratem w internacie tego zgromadzenia, zresztą w dość spartańskich warunkach. W internacie przez pewien czas mieszkał z nami wnuk Prezydenta Mościckiego, który ukrywał się pod przybranym nazwiskiem. Chyba w 1947 roku zniknął, jak się później okazało został wraz z matką przerzucony przez zieloną granicę na Zachód. Po zlikwidowaniu szkoły zgromadzenia przez władze, przeniosłem się i ukończyłem szkołę podstawową im. H. Sienkiewicza. Tam też rozpocząłem naukę w gimnazjum.
Okres częstochowski odegrał ważną rolę w procesie formowania mojej osobowości. Był to przede wszystkim okres fascynacji teatrem. W teatrze częstochowskim występowała wówczas czołówka przedwojennych aktorów, którzy z różnych przyczyn znaleźli się w tym mieście. Szczególnie dużo było aktorów warszawskich. Dzięki „układom” Mamy mogłem oglądać funkcjonowanie teatru od strony kulis. Do teatru biegałem kilka razy w tygodniu, obiecując sobie, że w przyszłości zostanę aktorem. Podjąłem nawet próby adaptowania „Kordeckiego” Kraszewskiego na scenę (nie mając pojęcia, że takie przeróbki książki istniały już od początków XX w.), zacząłem też pisać „samodzielną” sztukę teatralną, której zresztą nigdy nie ukończyłem. W sferze duchowej na pewno ważnym wydarzeniem było uczestniczenie – jako harcerz pełniący służbę porządkową – w uroczystości poświęcenia całego narodu Niepokalanemu Sercu Maryi (Jasna Góra, 8 września 1946 r.). Uroczystościom przewodniczył prymas August Hlond, zaprzyjaźniony z Ojcem jeszcze z okresu międzywojennego. Ojciec odwiedził go na Jasnej Górze, przy okazji przedstawiając mu swoich synów. Miałem również szczęście kilkakrotnie śpiewać solo w Kaplicy Matki Bożej Częstochowskiej. Byłem wtedy jeszcze przed mutacją i ponoć pięknie śpiewałem sopranem. Głównie wykonywałem pieśń „Serdeczna Matko”. Te moje „sukcesy” wokalne nie skończyły się dla mnie dobrze. Prędko zacząłem przechodzić mutację, co prowadzący chór Brat Szkolny (brat Bonawentura) uznał za swego rodzaju sabotaż z mojej strony. Skończyło się to oceną niedostateczną ze śpiewu i religii (uczył nas też tego przedmiotu).


[Komentarze (2)]
- Redakcja Strony -
- Absolwenci -
- Wyszukiwanie -
- IV L.O. w Internecie -
- Absolwenci innych LO -





Projekt i wykonanie: © 2005 Tomasz 'Skeli' Witaszczyk, all rights reserved.
Modified by X-bot
Hosting stron internetowych