- Strona Główna -
- Historia Szkoły -
- Różności -
- Kronika Szkoły -
- Spotkania po latach -
- Muzeum - Kroniki -
Almanach Absolwentów IV L.O. im. H. Sienkiewicza w Częstochowie

Zmarł Aleksander Imich ( matura 1921 )

Autor: Cieślak Aleksander
Data dodania: 17.06.2014 21:45:31

Gazeta Wyborcza z 10 czerwca 2014 r.
Gazeta Wyborcza z 10 czerwca 2014 r.


7 - 20 sierpnia 2014 r.
7 - 20 sierpnia 2014 r.


8 czerwca 2014 roku zmarł nasz absolwent z 1921 roku - najstarszy mężczyzna na świecie ( 111 lat ).

A oto przetłumaczony tekst wywiadu z nim zamieszczony w By RALPH BLUMENTHAL 4 maj, 2014 :

Alexander Imich, Polski imigrant obchodził w zeszłym tygodniu swoje spóźnione 111 urodziny (w ostatnim tygodniu kwietnia).

Jak się czuje ktoś, kogo właśnie ogłosili najstarszym mężczyzną na Ziemi?
Alexander Imich, lat 111 i trzy miesiące, siedzi na krześle w swoim mieszkaniu w dzielnicy Upper West Side na Manhattanie, z widokiem na rzekę Hudson, a w odpowiedzi na moje pytanie lekko się krzywi. Chwilę później na usta chudego jak patyk mężczyzny o dłoniach pooranych żyłami, ze szczeciniastym zarostem oraz imponującą czupryną, wypływa słaby uśmiech.

– Cóż, to żaden Nobel – sapie, po czym następuje kłopotliwa pauza, kiedy z ucha starszego pana wypada aparat słuchowy.
Tak, Imich, adept okultyzmu, urodzony w Polsce 4 lutego 1903 roku, został właśnie uznany za najstarszego mężczyznę na Ziemi, jest rekordzistą wśród superstulatków (osób powyżej 110 roku życia) według danych organizacji Gerontology Research Group z Torrance w Kalifornii.
Tytuł przypadł mu w udziale po śmieci Artura Licaty, Włocha, który zmarł 24 kwietnia w wieku 111 lat i 347 dni (w dziedzinie długowieczności wyprzedziło go 66 kobiet. Najstarsza z nich, Misao Okawa z Japonii, według danych Gerontology Group ma teraz 116 lat).
– Jeszcze nie miałem czasu, żeby się nad tym zastanowić – powiedział Imich w wywiadzie, jakiego udzielił w ubiegłym tygodniu, otoczony przyjaciółmi, podczas przyjęcia urodzinowego, które opóźniło się z powodu krótkiej hospitalizacji rekordzisty po upadku w domu. – Nigdy nie sądziłem, że będę kiedyś taki stary.
Imich był 10-miesięcznym maluchem, gdy bracia Wright odbyli swój pierwszy lot załogowy w Kitty Hawk. Teodor Roosevelt, w którego ręce dostał się Biały Dom po zamachu na prezydenta Williama McKinleya, dopiero szykował się wtedy do wyborów, które miały przynieść mu zwycięstwo.
Imich pamięta pierwszy automobil w swoim rodzinnym mieście, mógłby długo rozprawiać o walkach z bolszewikami, jakie toczyli jego rodacy w trakcie wojny polsko-radzieckiej, o ucieczce przed Holokaustem, czy o życiu w gułagu. Po tym wszystkim przyszły matuzalem wyemigrował do USA, nauczył się obsługi komputera i w wieku lat 92 wydał książkę o zjawiskach paranormalnych.
Dorastał w dobrze sytuowanej rodzinie Żydów z Częstochowy, w południowej Polsce, mieście słynącym z cudownego obrazu Czarnej Madonny. Jego ojciec, właściciel firmy remontowej, malował pasy startowe dla pierwszych awiatorów.
– Wówczas loty były popisem odwagi. Ludzie przychodzili oglądać je dla rozrywki – wspomina. Uważa samolot za najważniejszy wynalazek swojej epoki.
Pragnął zostać kapitanem polskiej marynarki, jednak z powodu żydowskiego pochodzenia musiał o tym zapomnieć. – Dlatego zainteresowałem się zoologią i wiele podróżowałem do egzotycznych państw w Afryce – wspomina. Widząc jednak, że w tym zawodzie nie może awansować, postanowił poświęcić się chemii i obronił doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim.
We wczesnych latach 30 ubiegłego stulecia zafascynowała go postać polskiego medium, kobiety znanej jako Matylda S., wdowy rzekomo przywołującej zmarłych podczas seansów spirytystycznych. Imich wielokrotnie oglądał pokazy Matyldy, opowiedział o nich na łamach niemieckiego czasopisma naukowego w 1932 roku, a po latach wrócił do tamtych historii, publikując w 1995 roku antologię "Incredible Tales of the Paranormal".
Zachował pudełko z widelcami i łyżkami powykręcanymi podczas ćwiczeń makro-telekinezy. – Widziałem, jak coś takiego robią zupełnie zwyczajni ludzie – opowiada, choć sam, jak przyznaje, nigdy nie nabył tego rodzaju umiejętności.
Ożenił się z ukochaną z dziecinnych lat, która jednak kilka lat później rzuciła go dla innego, on zaś poślubił jej przyjaciółkę, Welę. Gdy Niemcy najechali na Polskę w 1939 roku, Imichowie uciekli na Wschód, do opanowanego przez Rosjan Białegostoku. Ponieważ odmówili przyjęcia radzieckiego obywatelstwa, wywieziono ich na północ, do obozu pracy.
Gdy jednak Rosja ugięła się pod niemieckim atakiem, więźniów zwolniono, a Imich z żoną przenieśli się do Samarkandy, miasta w Azji Środkowej, na terenie dzisiejszego Uzbekistanu. Wrócili do Polski po to, by przekonać się, że większość ich krewnych zginęła w obozach koncentracyjnych.
W 1951 roku wyemigrowali do Waterbury, w Connecticut. Wela, malarka i psychoterapeutka, otworzyła prywatną praktykę na Manhattanie. Po jej śmierci w 1986 roku Imich przeniósł się do lokalu, w którym wcześniej pracowała, w przedwojennym hotelu przy West End Avenue. Osiem lat później budynek zamieniono w luksusowy dom starców, a Imich musiał szukać sobie nowego mieszkania. Stracił wszystkie oszczędności w podejrzanych inwestycjach, a w 2007 roku skorzystał z kampanii "New York Timesa" na rzecz najbiedniejszych.
W czym tkwi sekret jego długowieczności?
Wraz z żoną nigdy nie mieli dzieci. Może to dlatego, mówi z wahaniem (jego najbliższym żyjącym krewnym jest 84-letni siostrzeniec, Jan Imich).
Chyba, że to przeciwności, jakim musiał stawić czoła, tak go zahartowały? – Trudno powiedzieć – odpowiada. Woli wierzyć w "dobre geny" i zamiłowanie do sportu. – Byłem gimnastykiem – uściśla. – Do tego dobrym biegaczem, skoczkiem, pływakiem. I świetnie rzucałem oszczepem.
Kiedyś palił, lecz rzucił nałóg wiele lat temu.
Alkohol? Nigdy w życiu, odpowiada.
Odkąd pamięta jadał mało, idąc za radą wschodnich mistyków, którzy gardzili pożywieniem. – W Indiach są ludzie, którzy nie jedzą wcale – zauważa, nie kryjąc podziwu. Teraz jednak, o czym chętnie informują mnie pielęgniarki, starszy pan przepada za karpiem po żydowsku, klopsikami, rosołem, krakersami, jajecznicą, czekoladą i lodami. Na samo słowo "lody" Imich się ożywia. – O tak! – potwierdza.
Para, która ostatnio przyjechała do niego w odwiedziny to Michael Mannion i Trish Corbett, założyciele Mindshift Institute, organizacji propagującej wiedzę na temat natury wszechświata. Poznali się w latach 90. w IM School of Healing Arts na Manhattanie, gdzie ponad 90-letni Imich zapisał się na zajęcia – i zapłacił za trzy lata z góry. Przyjaciele sądzą, że długowieczność przybysza z Polski jest skutkiem jego otwartego umysłu. Mannion opowiada, jak jakiś czas temu Imich zaczął zastanawiać się nad sobą: – Ile to jeszcze potrwa? – zapytał. Nie stracił jednak przy tym dobrego humoru. – Pociecha z umierania polega na tym, że po śmierci dowiem się rzeczy, których nie mogłem nauczyć się tutaj, na Ziemi – podsumował.


[Komentarze (0)]
- Redakcja Strony -
- Absolwenci -
- Wyszukiwanie -
- IV L.O. w Internecie -
- Absolwenci innych LO -





Projekt i wykonanie: © 2005 Tomasz 'Skeli' Witaszczyk, all rights reserved.
Modified by X-bot
Hosting stron internetowych